Nie lękajmy się

Coraz wyższe stopy procentowe spowolnią niewątpliwie wzrost gospodarczy. Pozostaje nurtujące pytanie, w jaki sposób i w jakim stopniu odbije się to na bankach. Czy bankom grozi znaczący wzrost portfela złych kredytów?

Uważam, że takiego niebezpieczeństwa jeszcze nie ma. A to dlatego, że podaż kredytów – w porównaniu z innymi krajami europejskimi – jest w Polsce jeszcze niewielka. Zadłużenie gospodarstw domowych w postaci kredytów hipotecznych w relacji do PKB wynosi w Polsce nieco ponad 10 proc., a średnia dla UE sięga 50 proc, natomiast w Stanach Zjednoczonych – nawet 80–90 procent produktu krajowego brutto.

Musimy jednak wziąć pod uwagę, że spowolnienie gospodarcze może mieć ten skutek, że pewna część kredytów, także hipotecznych – nie będzie prawidłowo obsługiwana. Ale nie ma co wpadać w panikę: „pewna” – ponieważ spadek cen nieruchomości w Polsce będzie raczej mniejszy, niż to miało miejsce w Stanach Zjednoczonych. Nadal będzie rósł popyt na kredyt konsumpcyjny, chociaż być może teraz już nieco wolniej. Zatem w żadnym razie nie możemy mówić o załamaniu poziomu aktywności kredytowej w naszym kraju, tylko o znacznym zmniejszeniu dynamiki wzrostu.

Samo podnoszenie stóp procentowych, komplikując sytuację przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, na krótką metę sprzyja nawet zwiększaniu zysków banków. Naturalnie gdyby doszło do dużego i długotrwałego wzrostu stóp procentowych, przełożyłoby się to na spadek wolumenu udzielanych kredytów. Nie wykluczam takiego scenariusza. Ale gdyby tak się miało zdarzyć, to raczej nie wcześniej niż za dwa, trzy lata. Nawet wówczas nie oznaczałoby to załamania, tylko pogorszenie sytuacji finansowej banków.

Nie jesteśmy USA (na szczęście)

Przyglądając się kwestii kredytów mieszkaniowych i innych pożyczek, widać wyraźnie ogromne różnice pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską. Przez kilka lat bowiem w Stanach Zjednoczonych realne stopy procentowe były ujemne. Ponadto już od jakiegoś czasu gospodarstwa domowe – nie tylko zresztą w USA, ale i w Wielkiej Brytanii – miały dużą skłonność do głębokiego zapożyczania się – i robiły to już na długo przed kryzysem subprime. Oszczędności w Stanach pozostawały i wciąż pozostają na niskim poziomie. Natomiast pośród obywateli, po części z racji bardzo niskich realnych stóp procentowych upowszechnił się wręcz styl, moda na kupowanie na kredyt. Ameryka jest w rezultacie krajem, który w dużym stopniu żyje z oszczędności zagranicznych, finansując także deficyt budżetowy sprzedażą skarbowych papierów wartościowych inwestorom zagranicznym. W rezultacie USA absorbują rocznie ok. 700–800 mld dolarów oszczędności zagranicznych. Dzięki niskim stopom długoterminowym koszt obsługi takiego zadłużenia jest jednak ciągle stosunkowo niewielki. Wracając do spraw Polski, chcę podkreślić jeszcze raz: stopień „zapożyczenia” w sektorze bankowym gospodarstw domowych i przedsiębiorstw jest jeszcze stosunkowo niewielki.

Bliskie nam ryzyko

Z kolei polskie przedsiębiorstwa podejmują decyzje kredytowe w poczuciu, że prowadzą działalność obarczoną dużym ryzykiem, z racji dużej zmienności otoczenia gospodarczego, społecznego i politycznego. Przejawia się to wkalkulowaniem w te decyzje wysokiego ryzyka kursowego i dużej zmienności stóp procentowych. Były i nadal są bardzo ostrożne przy zaciąganiu kredytów. Ci którzy korzystają z finansowania zagranicznego oczekują, że złoty przez jeszcze jakiś czas będzie się wzmacniał. W normalnych okolicznościach tak być powinno. Ale powinniśmy liczyć się także z możliwością osłabienia złotego. Takie osłabienie mogłoby skomplikować sytuację nie tylko wielu gospodarstw domowych, ale też wielu firm.

Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki nie powinniśmy jednak bać się, że grozi nam kryzys czy załamanie na miarę kłopotów, które ostatnio dotknęły Stany Zjednoczone. Niewątpliwie trzeba być ostrożnym, co w naszej sytuacji oznacza przede wszystkim ograniczenie tempa wzrostu kredytów.

Stanisław Gomułka
Autor był przez 35 lat wykładowcą na London School of Economics i innych zachodnich uniwersytetach, ostatnio był wiceministrem finansów w rządzie Donalda Tuska, obecnie jest głównym ekonomistą Business Centre Club